„Alpy, tu się oddycha” – to tekst, którzy znają doskonale wielbiciele pewnego filmu o przedwojennym polskim kasiarzu. To kultowe zdanie samo ciśnie się na usta po przekroczeniu granicy szwajcarskiej. Byłem w Szwajcarii w 2018 roku pierwszy raz i urzekły mnie tam zarówno krajobrazy jak i ludzie… Pokazy w Axalp w 2021 roku były świetnym pretekstem, żeby doświadczyć wyjątkowego lotniczego widowiska, ale nie mniej emocjonujące było spotkanie z majestatem ogromnych gór, przepastnych dolin i powoli zanikających lodowców. Ale po kolei.

Relację postanowiłem podzielić na dwie części – fotolotniczą i pejzażowo-przyrodniczą. Zacznę od tej drugiej, a samoloty zostawię na deser. Zapraszam na alpejskie widoki.

First i Bachalpsee

Mój pierwszy wyjazd do Szwajcarii w 2018 roku był raczej niskobudżetowy. Mimo, że wówczas nie skorzystałem z żadnego wjazdu kolejką w wyższe partie gór, to poznałem koszty z tym związane. Postanowiłem odłożyć odpowiednią kwotę pieniędzy, żeby następnym razem nie musieć odmawiać sobie tego typu przyjemności. I udało się. Pierwsza wycieczka odbyła się już następnego dnia po przyjeździe, a jej celem było wysoko położone jeziorko Bachalpsee. Można by tam oczywiście próbować wejść na własnych nogach, ale po pierwsze – czas mieliśmy bardzo ograniczony, a po drogie – byłoby to spore wyzwanie dla kogoś, kto na co dzień pracuje za biurkiem. Siły chcieliśmy zostawić na podejścia związane z pokazami lotniczymi. Zapadła więc decyzja o wjeździe kolejką na First, a następnie przejście około 3km do jeziorka. Kupiliśmy bilety (64chf w obie strony) i bez dłuższego oczekiwania wsiedliśmy do wagonika. Już od pierwszych minut widoki zapierały dech. Naszym oczom ukazała się skalista ściana ogromnego masywu górskiego oraz zielona dolina Grindelwaldu poniżej. To był jednak zaledwie początek.

Widok z kolejki na dolinę i Wetterhorn

Po minięciu 2 stacji pośrednich (ale bez wysiadania z wagonika!) w końcu dotarliśmy na szczyt, czyli na First. Stacja ulokowana jest na wystającej skale, wokół której dodatkowo poprowadzony jest pomost kratownicowy. Jeśli ktoś ma lęk wysokości, może sobie szybko znacznie podnieść ciśnienie. Obszedłszy ścieżkę bez większych problemów mogliśmy oddać się obserwacji i fotografowaniu wieszczków. Są to ptaki krukowate, które na tarasie widokowo-konsumpcyjnym postanowiły szukać jedzenia zostawionego przez licznych w tym miejscu ludzi. Ptaki siadały na dachu budynku i bacznie obserwowały poczynania turystów. Gdy tylko wypatrzyły jakiś smakowity kąsek, natychmiast się podrywały i szybowały w stronę śmietnika lub stolików. Po obserwacjach i przepakowaniu się nadszedł czas trekkingu w stronę jeziorka.

Szlak na tej trasie jest szeroki, bo dość sporo ludzi go pokonuje. Nie jest szczególnie wymagający, a suma podejść to raptem 160m. Mimo, że spacer powinien nam zająć jakąś godzinę, to z pewnością zajął dłużej. Nie sposób było się co chwila nie zatrzymywać, żeby nacieszyć oko widokiem i uwiecznić go dla potomnych.

Bachalpsee

W końcu naszym oczom ukazał się cel naszej wycieczki, czyli Bachalpsee. Chcieliśmy tam dotrzeć, bo wg oglądanych wcześniej zdjęć, było to jedno z bardziej urokliwych miejsc w okolicy. I nie zawiedliśmy się. Miejsce faktycznie jest warte odwiedzenia i spędzenia tam kilku dłuższych chwil. Warto jednak uzbroić się w dużą dozę cierpliwości, bo nie wszyscy chcą tam kontemplować ciszę i piękne widoki. Można trafić na przykład na ludzi puszczających głośną muzykę z głośnika. No ale tam gdzie sporo ludzi, tam zawsze ktoś taki się trafi. Niezależnie od tego widoki były warte odrobiny poświęcenia.

Lauterbunnen, Schilthorn (Piz Gloria)

Kolejną, zaplanowaną wcześniej wycieczkę widokową rozpoczęliśmy w Dolinie Lauterbunnen. Jej niemal pionowe ściany robią ogromne wrażenie. Wisienką na torcie jest mający prawie 300m wodospad Staubbach. Najważniejszy cel wyprawy tego dnia był jednak wysoko nad nami. Dotarliśmy do końca doliny, gdzie zlokalizowana jest stacja kolejki, którą można wjechać na mający 2970 m.n.p.m. Schilthorn. Trasa jest dość długa i trzeba zaliczyć po drodze 3 przesiadki. Koszt tej przyjemności jest znaczny, bo aż 108 chf za osobę w obie strony, ale widoki oraz świadomość wyjątkowości miejsca rekompensują uszczuplenie portfela. Dlaczego jest wyjątkowe? Otóż było ono miejscem akcji jednego z filmów o Jamesie Bondzie „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”. Zresztą widać to na każdym kroku, bo szwajcarzy uczynili z tego faktu swojego rodzaju magnes na turystów. Ale to nie jedyne miejsce związane z Agentem 007, które odwiedziliśmy…

Furkapass

Góry – zaliczone, doliny – zaliczone. No to do kompletu została nam jeszcze jakaś wysoko położona przełęcz. Tu wybór dość spontanicznie padł na położoną na wysokości 2436 m n.p.m Furkapass. Aby tam dotrzeć, trzeba najpierw wspiąć się na Grimselpass (2165 m n.p.m.), zjechać do dolinki położonej na wysokości 1750 m n.p.m. i znów wjechać wysoko na Furkę. Dla samochodu to nie jest lekka trasa, ale widoki są niesamowite. Co można tam zobaczyć? Oprócz roztaczających się górskich pejzaży, na Grimselpass położona jest niewielka zagroda świstaków. Z kolei tuż przed Furkapass znajduje się początek lodowca, którego wody są źródłem rzeki Rodan. W lodowcu zrobiony jest korytarz, który pozwala podziwiać strukturę i kolory lodu. Zwiedzanie kosztuje 9 chf. Co tu dużo pisać, to trzeba zobaczyć. Aha – wracając do 007 – na serpentynach prowadzących na Furkapass dzielny agent tropił i ścigał się w filmie „Goldfinger”.

Okolice Axalp

Tu powoli wkraczamy na teren poligonu wojskowego szwajcarskiej Luftwaffe. Jednak same samoloty i śmigłowce pojawią się dopiero w kolejnym wpisie. Póki co kilka widoczków z miejsca pokazów oraz jego okolic.

W kolejnym wpisie będzie samo fotolotnicze mięso podane na różne sposoby!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.